STRONA GŁÓWNA
Podróże
Rumunia & Mołdawia - 2009
Galeria
Relacja
Węgry - 2008
Galeria
Relacja
Kalendarium
Fotografia
Londyn - 2004
Zdjęcia - pozostałe
Inne
O mnie
Księga gości
Kontakt
GG 3592399
mail  
Linki
Grzegorz Głowaty
Rafał Banasiak
Michał Tomala
Kamil Sobik

Rumunia & Mołdawia 2009 - relacja
Moja podróż zaczyna się 31 lipca wieczorem. Najpierw jadę do Katowic, by tam spotkać się z resztą ekipy. Czekamy kilka godzin na nocny pociąg do Przemyśla, a w oczekiwaniu próbujemy grać w karty, ale tak średnio nam to wychodzi, ponieważ tylko Wojtek i Justyna dobrze znają zasady :)

Dzień 1 – 01.08.2009, sobota

W pociągu z Katowic do Przemyśla panuje taki tłok, jakiego jeszcze nie widziałem! Na początku wszyscy stoimy, później kilka osób znalazło kawałek podłogi żeby usiąść, a ja z Wojtkiem byliśmy w takim miejscu, że nie było nawet na to miejsca w związku, z czym przez całe 7 (!) godzin jazdy stoimy… Przechodzimy przez granicę, znajdujemy busa i jedziemy do Lwowa. W busie Ukrainiec próbuje ze mną rozmawiać, ale nasza rozmowa wygląda tak, że on mówi do mnie po ukraińsku, ja mu odpowiadam po polsku. Z taką różnicą, że on mnie dobrze rozumie, a ja rozumiem jego co trzecie słowo :) We Lwowie przez kilka godzin zwiedzamy centrum i kierujemy się na dworzec, ponieważ po godz. 20 mamy nocny pociąg do Solotwino. Umilając sobie podróż w pociągu śpiewamy polskie piosenki (które mieliśmy przygotowane wcześniej), lecz pewnej Ukraince to się nie podoba i przychodzi do nas z awanturą, na dodatek poszła na skargę do konduktora i on także przyszedł nam pogrozić palcem :) Później w pociągu poznaje Ukrainkę (w końcu spotykam kogoś kto mówi po angielsku), jak się okazało ma na imię Julia, mieszka we Lwowie, jest w moim wieku i jedzie do znajomych na wakacje. Jako że po rosyjsku ani ukraińsku nie mówię, nie marnuję okazji i zaczynam naukę od podstaw – czyli alfabetu. Julia uczy mnie cyrylicy, a ja sobie zapisuję na kartce wymowę fonetyczną każdej litery. Po drugiej w nocy nowo poznana koleżanka z Ukrainy wysiada i daje mi na pamiątkę książeczkę z sudoku, a ja w końcu idę spać :)

Dzień 2 – 02.08.2009, niedziela

Rano dojeżdżamy do Solotwino, pieszo przechodzimy przez granicę i dochodzimy do Sighetu Marmatiei. Witaj Rumunio! :) Tutaj dzielimy się na 3 grupy 3-osobowe i idziemy łapać stopa gdyż chcemy dojechać do Sapanty. Autostop w Rumunii jest bardzo popularny, lecz często kierowcy żądają zapłaty za transport. Ja z Madleną i Maćkiem szybko zatrzymujemy auto i już jesteśmy w drodze. Nasz kierowca, co chwilę trąbi do przechodzących ludzi (a sygnał klaksonu miał bardzo charakterystyczny – coś podobnego do sygnału policji :)), macha innym kierowcom także podróż przebiega wesoło :) Przy wjeździe do Sapanty stoi duża tablica z wypisanymi atrakcjami Sapanty, kierowca staje przy tej tablicy i pyta się (po rumuńsku) gdzie nas zawieźć, jakoś udaje nam się znaleźć na tej tablicy Wesoły Cmentarz i zostajemy dowiezieni kilkaset metrów od naszego miejsca docelowego. Dojechaliśmy tutaj za darmo gdyż kierowca nie chciał od nas żadnych pieniędzy. W Sapancie spotykamy się z całą naszą grupą i wspólnie udajemy się na Wesoły Cmentarz. Na nagrobkach znajdują się rzeźby przedstawiające sceny z życia lub okoliczności śmierci, pod rzeźbami znajdują się epitafia. Każdy nagrobek (a raczej sceny przedstawione na nim) jest inny, szkoda tylko, że nie znamy rumuńskiego żeby poczytać tekstów na nagrobkach. Cmentarz jest oryginalny i zostawia po sobie bardzo pozytywne wrażenie pomimo wielu turystów. Następnie zmierzamy do domu, a jednocześnie muzeum Ioana Patrasa, czyli autora krzyży, który zaczął je tworzyć w 1935r. Obecnie mieszka tam i rzeźbi nagrobki jego uczeń Dumitru Pop. Znowu dzielimy się na grupy, tym razem 2- lub 3-osobowe, żeby było łatwiej złapać stopa i wychodzimy na drogę, która biegnie w stronę Sighetu Marmatiei. Mi i Madlenie znowu udaje się szybko złapać stopa, a podwozi nas Rumun, który podobnie jak wielu Polaków pracuje w Londynie. Niestety nie jedzie on do Baia Mare, ale podwozi nas do Sighetu i zostawia nas na drodze wylotowej z miasta. Pieniędzy za transport nie chce, znowu mamy szczęście! :) Tutaj przez około 30 minut nie możemy spotkać nikogo, kto by jechał do Baia Mare, w końcu zatrzymuje się taxówka i razem z rumuńską młodą dziewczyną i jej mamą jedziemy do naszego miasta docelowego. Z młodą dziewczyną można porozmawiać po angielsku, proponuje nam żebyśmy nie wysiadali w ścisłym centrum miasta, tylko w okolicach muzeum etnograficznego, na co chętnie przystajemy. Warto zaznaczyć, że za kilkadziesiąt kilometrów taxówką przez góry płacimy naprawdę niewiele na osobę, a widoki na góry naprawdę robiły wrażenie, szkoda, że aparaty zostały w bagażniku. Z resztą grupy jesteśmy umówieni wieczorem na dworcu, więc z Madleną idziemy zwiedzić muzeum etnograficzne. Do dziś nie mogę zrozumieć co robiła kołyska w Domu Księdza w tymże muzeum :) Dowiaduję się także, że kiedyś były żelazka na rozżarzony węgiel, no cóż… do tej pory nie wiedziałem :) Robimy sobie jeszcze spacer po okolicy i zamierzamy jechać w okolice dworca. Gdy już dowiadujemy się, jakim autobusem możemy dojechać do dworca, musimy się jeszcze dowiedzieć gdzie kupić bilety autobusowe. Rozmawiamy z Rumunami na przystanku, wskazują nam sklep gdzie miały być bilety, jak się jednak okazało biletów tam nie ma. Wracamy na przystanek i mówimy im, że nie ma tam biletów, po czym sprzedają nam swoje bilety autobusowe i... odchodzą. Czyżby przez brak biletów nie czekali dalej na autobus? :) Podczas oczekiwania na autobus podchodzi do nas Rumun i pyta skąd jesteśmy po czym zaczyna nam coś opowiadać, ale niewiele z tego rozumiemy :) Na dworcu spotykamy się z resztą grupy i czekamy na nocny pociąg do Sighisoary.

Dzień 3 – 03.08.2009, poniedziałek

Po wejściu do pociągu jesteśmy bardzo mile zaskoczeni, takiej jakości się nie spodziewaliśmy. Polskie PKP może się wiele nauczyć od swojego rumuńskiego odpowiednika - CFR. Jedynym minusem było to, że kamery w pociągach (jak się później dowiedzieliśmy) okazały się atrapami. Gdy dojechaliśmy do Sighisoary, pierwsze co robimy to idziemy na wzgórze rozbić się na campingu (jedyny raz podczas tej podróży korzystaliśmy z usług campingu :)). Już po rozbiciu namiotów dowiedzieliśmy się, że za tą samą cenę mogliśmy spać w dwóch drewnianych domkach… Warto dodać, że ze wzgórza mamy bardzo dobry widok na całe miasto, a w pobliżu znajduje się restauracja. Miasto ma wiele ciasnych, klimatycznych uliczek. Ponadto znajduje się tutaj dom Draculi, na dzień dzisiejszy jest tam (raczej droga niż tania) restauracja o ciekawym wystroju. Rumuni zarabiają niezłe pieniądze na legendzie Draculi: w Sighisoarze dom, w Bran zamek... Poza tym w całej Rumunii można spotkać wiele stoisk z pamiątkami gdzie oczywiście w roli głównej występuje Dracula: na koszulkach, kubkach itd. Będąc w mieście warto przejść się na Wzgórze Szkolne, na które wychodzi się zadaszonymi schodami, które kiedyś miały służyć uczniom (na górze jest szkoła) i nauczycielom w czasie złej pogody. Warto zerknąć również na cmentarz (obok kościoła) i na miasto ze wzgórza. Zmęczeni upałem zamówiliśmy sobie mrożoną kawę, ale zamiast zimnej kelnerka przyniosła nam ciepłą… Na pytanie czy to jest mrożona kawa padła odpowiedź tak… Być może tutaj mrożona nie znaczy zimna :) Robimy sobie jeszcze spacer po mieście i uciekamy na nasze wzgórze gdyż zapowiadało się na dużą burzę. Na szczęście na zapowiedziach się skończyło. Wieczorem oglądamy miasto nocą z tarasu przy restauracji.

Dzień 4 – 04.08.2009, wtorek

Rano wyjeżdżamy z Sighisoary i jedziemy pociągiem do Braszowa. Jest to chyba najładniejsze miasto w Rumunii, w którym byliśmy. W mieście jest wiele turystów, widać też patrole policji, (czego nawet nie widać było w stolicy). Zwiedzanie zaczynamy od dość dużego Czarnego Kościoła, jednak do środka nie decydujemy się wchodzić i idziemy dalej w stronę kolejki linowej na górę Tampa (955 m n.p.m.). Wyjeżdżamy, przechodzimy kawałek na taras widokowy, który znajduje się obok wielkiego napisu BRASOV (zrobionego w stylu słynnego napisu Hollywood na wzgórzu). Stąd rozciąga się genialna panorama Braszowa! Swoją drogą fajnie mieć taką górę jak mieszkańcy Braszowa właściwie w centrum miasta. Zjeżdżamy kolejką w dół, przechodzimy na rynek na chwilę odpoczynku przy fontannie i ruszamy dalej w miasto. Odwiedzamy Muzeum Sztuki i Muzeum Etnograficzne. W Muzeum Sztuki tylko kilka obrazów było ciekawych, reszta była po prostu przeciętna (oczywiście wg mojej opinii). Kolejny raz przekonujemy się, że nie warto w Rumunii płacić za możliwość robienia zdjęć w muzeach, zamkach itd., po prostu obsługa raczej nie zwraca uwagi na to czy ktoś takowy bilet posiada czy nie. Więc znów zaoszczędziliśmy parę lejów rumuńskich, a zdjęcia i tak mamy :) Wpisujemy się do księgi gości i wychodzimy. W centrum długo szukamy odpowiedniej knajpy/restauracji, ponieważ chcemy spróbować lokalnej kuchni rumuńskiej. Przy jednej z restauracji rozmawiamy z kobietą, która mówi nam, że prawdziwe tradycyjne rumuńskie danie trzeba przygotować dzień wcześniej i w dobrej restauracji kosztuje ok. 20euro. W związku, z czym idziemy do innej knajpy i zamawiamy danie z mamałygą i kawałkami mięsa w sosie. Mamałyga sama w sobie robiona jest z kaszy kukurydzianej i jest posypana kawałkami sera. Po jedzeniu dochodzę do wniosku, że kuchnia rumuńska mnie nie przekonuje. Z Braszowa jedziemy busem do Bran. Niedaleko zamku Draculi znajdujemy spory kawałek pustej przestrzeni gdzie rozbijamy namioty. Dodatkowo obok znajduje się zadaszona wiata, do której idziemy zjeść kolację. Jeśli ktoś myśli, że do namiotu 4-osobowego nie zmieści się 9 osób to jest w błędzie :) Właśnie w tyle osób siedzieliśmy w jednym namiocie prowadząc nocne o życiu rozmowy :)

Dzień 5 – 05.08.2009, środa

Dzień zaczynamy od odwiedzin słynnego zamku w Bran, ale wejście do niego nie jest łatwe. Hordy turystów czekają w kolejce do wejścia, a my razem z nimi. Gdy już wchodzimy do środka okazuje się, że w środku panuje niesamowity tłok. Zwiedzanie w takim tłumie należy do rzeczy średnio-przyjemnych… Na dziedzińcu wrzucamy pieniądze do studni z nadzieją, że życzenia się spełnią. Podejmujemy również decyzję, że jak życzenia się nie spełnią wrócimy po nasze pieniądze :) Po zwiedzeniu zamku idziemy zrobić zapasy jedzenia i wyruszamy w góry Bucegi. Maciek nie decyduje się iść w góry, więc umawiamy się z nim na jutro w Sinai. Górska wędrówka początkowo przebiega wesoło i bez żadnych zmartwień, w czymś podobnym do pensjonatu uzupełniamy zapasy wody do butelek i idziemy dalej. Po szlakach nie idziemy, naszym jedynym drogowskazem jest kompas i wyobraźnia :) Z czasem podejścia stają się coraz trudniejsze, idzie nam to wszystko wolniej ale dajemy radę. W końcu dochodzimy do rozdroża, mamy do wyboru albo iść ścieżką albo czymś w rodzaju wąwozu. Wybieramy to drugie i zmierzamy po kamieniach, które lubią się osuwać. Po jakimś czasie kamienie są coraz większe, idziemy coraz wolniej, w zespole mamy kilka kontuzji, jakby tego było mało zaczęło się ściemniać, a wyjścia z wąwozu jak nie było - tak nie ma. Siadamy na chwilę zastanowić się, co zrobić i mamy do wyboru 2 opcje: przenocować w lesie albo próbować iść dalej licząc, że dojdziemy do jakiegoś godnego położenia zanim będzie kompletnie ciemno. Wracać do rozdroża też nie było sensu, ponieważ musielibyśmy tam iść po ciemku, co najmniej godzinę (jakbyśmy się pospieszyli). Z dwojga złego wybieramy nocleg w lesie. Dzielimy się na dwie 4-osobowe grupy. Ja z Rafałami i Wojtkiem rozbijamy namiot na tyle na ile się dało w lesie, druga ekipa jest trochę wyżej od nas i będzie spała na samych podłożach od namiotu. Całe jedzenie, jakie mamy ze sobą przekładamy do jednej reklamówki i wynosimy ją kilkadziesiąt metrów od naszego namiotu, aby nie kusić niedźwiedzi, które są w tych górach. Na szczęście samych niedźwiedzi nie widzieliśmy, jedynie ich ślady. Pomimo kiepskiego położenia humor naszej męskiej grupie dopisuje, w końcu co nam pozostało :) W 3-osobowym namiocie śpimy w 4 osoby, mając na dodatek nad głowami nasze plecaki żeby zabezpieczyć głowy przed ewentualnym osunięciem się kamieni z góry. Nie powiem żeby było wygodnie, ale trochę nocy udaje nam się przespać.

Dzień 6 – 06.08.2009, czwartek

Rano idziemy po naszą reklamówkę z jedzeniem, na szczęście pozostała nietknięta. Z ciekawości idziemy razem z Mayestico sprawdzić czy był sens iść w górę. Nasza decyzja o noclegu w miejscu, w którym byliśmy okazała się dobra, ponieważ wyżej były podejścia na tyle strome, że mielibyśmy ogromne problemy żeby sobie z nimi poradzić w nocy.
Postanawiamy nie iść wyżej i schodzimy z powrotem w dół. Po drodze robimy przerwę na kąpiel i pranie w rzece :) Niżej udaje nam się złapać stopa do Rasznowa, stamtąd jedziemy przez Braszów do Sinai. Tutaj spotykamy się z Maćkiem, który prowadzi nas do hostelu El Dorado, w którym po naszej ostatniej nocy faktycznie czujemy się jak w El Dorado. Tutaj mamy okazje także zrobić pranie i je wysuszyć, ponieważ w Sinai mamy niezłą ulewę.
Jak zwykle mamy ochotę na jakiś specjał kuchni rumuńskiej więc radzimy się recepcjonistki, która wypisała nam na kartce najbardziej znane rumuńskie dania. Z tą ściągą idziemy do knajpy i zamawiamy jedzenie. Po raz kolejny kuchnia rumuńska mnie do siebie nie przekonała. Korzystając z okazji dachu nad głową idziemy kupić rumuńskie wina i robimy małą imprezę w hostelu.

Dzień 7 – 07.08.2009, piątek

Sinaia jest miejscowością typowo turystyczną, na głównej ulicy jest cała masa drogich hoteli i restauracji. Rano ruszamy zobaczyć pałace i zamek Peles. Niestety nie mamy wystarczająco dużo czasu żeby do nich wejść, więc tylko oglądamy je z zewnątrz i zmierzamy na dworzec. Kupujemy bilety na pociąg do stolicy, czyli Bukaresztu. Po chwili już siedzimy w pociągu, nie marnujemy okazji i rozwieszamy ubrania, które nie uschły nam do końca w hostelu. Na początek w stolicy idziemy coś zjeść. Naszym starym sposobem zamawiamy jedzenie na chybił-trafił, mi udało się trafić na dość dużą porcję szaszłyka. Po daniu głównym zamawiamy jeszcze rumuńskie pączki – Papanasi. Dostajemy po 2 świeżo upieczone pączki z kwaśną śmietaną i marmoladą. Pączki te są bardzo dobre (i bardzo słodkie), ledwo możemy je dojeść do końca. Ruszamy na piesze zwiedzanie Bukaresztu, ponieważ mamy tutaj dość dużo czasu. Stolica niestety nie zachwyca, budynki są po prostu brzydkie. Przy słupach wiszą zwoje kabli, w jakim celu? Nie mam pojęcia. Jednym z ładniejszych wg mnie budynków jest Ateneum. W nocy miasto ładnieje, ponieważ niektóre oświetlone budynki sprawiają trochę inne wrażenie. Chcąc dotrzeć do parlamentu pytamy o drogę kelnera, który niewiadomo, dlaczego bierze nas za Hiszpanów. Parlament w Bukareszcie nocą robi na mnie duże wrażenie. Jest to największy budynek świata (zaraz po Pentagonie), na dodatek w nocy jest świetnie oświetlony. Choćby dla samego widoku parlamentu w nocy warto odwiedzić stolicę Rumunii. Gdy podchodzimy do bramy strażnik zaprasza nas na zwiedzanie (codziennie od godz. 10 do 16), jednak my w nocy mamy pociąg do Constancy. Zmierzamy na dworzec gdyż o 1.40 w nocy jest planowany odjazd. Po drodze w małym całodobowym sklepie kupuję picie, sprzedawcy spodobał się mój kapelusz, oczywiście nie omieszkał go przymierzyć :) Gdy powiedziałem mu, że jestem z Polski skojarzył nasz kraj z Lechem Wałęsą.
Pociąg do Constancy okazał się kilkunasto-wagonowy, ale nie ma się, co dziwić skoro zmierzał on nad morze. Całe hordy ludzie zmierzały nad morze, w pociągu panował straszny tłok przez to, że ludzie szukali swoich miejscówek, które były dziwnie ponumerowane. Ja z Mayestico długo szukaliśmy naszych miejsc, aż w końcu po kilkunastu minutach udało nam się je znaleźć. Gdy już usiedliśmy zauważyłem, że nie mam portfela w tej kieszeni, w której zawsze go noszę. Hmm… coś jest nie tak. Sprawdzam drugą kieszeń… Uff jest! Jednak widzę, iż zamek w portfelu jest niedomknięty, a sam portfel trochę wystaje z kieszeni. Jednak coś tu nie pasuje… otwieram… nie ma żadnych banknotów. Tak, okradli mnie na ok. 400zł. Na szczęście dokumenty i kartę do bankomatu miałem w innym miejscu. Szybko wspominam ostatnie kilka godzin i szybko dochodzę do wniosku, że okradły mnie cyganki-kieszonkowy, które strasznie się przepychały robiąc sztuczny tłum, podczas gdy ja z Mayestico szukaliśmy naszych miejsc w pociągu. Gdy przechodziły w jedną stronę musiały wyciągnąć mi portfel, po czym gdy za moment wracały udało im się włożyć go z powrotem, lecz już bez banknotów. Podziwiam je za to, że potrafiły wyciągnąć portfel z ciasnej kieszeni moich jeansów, przy czym nic nie poczułem. Dodatkowo pomógł im fakt, że w pociągu panował straszny tłok. Rozglądam się po pociągu… są kamery, więc będą nagrania ze zdarzenia! Z Mayestico idziemy szukać konduktora. Po drodze jeszcze poprosiliśmy Rumuna o pomoc. Chcieliśmy żeby poszedł z nami do konduktora i robił za tłumacza angielsko-rumuńskiego. Znaleźliśmy konduktora i zaczęliśmy mówić mu, co się stało przy pomocy Rumuna. Pierwsze pytanie konduktora: czy macie bilety? Bilety akurat mieliśmy, ale co to miało do rzeczy? Jak się dowiedzieliśmy kamery w pociągach są atrapami, także nici z nagrań. Większość kamer w Rumunii (poza prywatnymi bankami, sklepami itd. a także poza kasami przy dworcach) są atrapami. Jednak jak się okazało w pociągach rumuńskich jeździ policja, która pilnuje tam porządku. Poprosiliśmy konduktora żeby ją wezwał, wystarczyło przecież żeby powiedział przez krótkofalówkę żeby przyszli do wagonu numer 2. Lecz konduktor nie chciał nam pomóc i powiedział, że mamy sami znaleźć policje. Rumun, którego poznaliśmy w pociągu i który pełnił funkcję tłumacza podczas rozmowy z konduktorem nazywał się Bodo i miał 24 lata. On chciał nam faktycznie pomóc i z tego powodu wybuchła niemała awantura między nim, a konduktorem. Później do kłótni przyłączył się drugi konduktor, a także postronni ludzie, lecz nic nie zdziałali i konduktorzy dalej byli nieugięci. Z powrotem usiedliśmy na naszych miejscach i zaprosiliśmy Bodo i jego kolegę Frodiana żeby się do nas przysiedli. Rozmawialiśmy z nimi chwilę, Frodian skojarzył Polskę z Danem Petrescu, rumuńskim trenerem piłki nożnej, który swego czasu trenował Wisłę Kraków. Zabawnym akcentem było to, iż wymawiał on nazwę Wisły Kraków jako „Wisla Cracovia” :) Wątpię, że kibice Wisły lub Cracovii byliby zadowoleni z tego faktu :) Nasi nowi rumuńscy znajomi zapraszają nas na wspólne imprezowanie w Constancy, my jednak zmierzamy trochę dalej do Vama Veche. Ku naszemu zdziwieniu po chwili konduktor jednak przyszedł z policją. Znowu musieliśmy tłumaczyć policji, co się stało. Powiedzieli, że zeznania możemy złożyć na posterunku policji w miejscowości, do której zmierzamy, czyli Constancy i, że przyjdą po nas jak pociąg będzie dojeżdżał. Śpimy około 2 godzin i dojeżdżamy do celu.

Dzień 8 – 08.08.2009, sobota

Doskonale zdaję sobie sprawę, że nic to nie da, ale dla idei idziemy z Mayestico złożyć zeznania. Reszta grupy zmierza do naszej miejscowości docelowej, czyli Vama Veche, my tam dołączymy za kilka godzin. Na policji rozmawiamy z młodym policjantem, który mówi po angielsku. Znowu od początku tłumaczymy mu, co się stało, on tłumaczy to swoim przełożonym. Jego przełożeni dzwonią do swoich przełożonych, bo nie bardzo wiedzą, co mają w takiej sytuacji zrobić. W końcu po chwili przychodzi informacja, że mogą sprowadzić tłumaczy, ale musielibyśmy czekać tam kilka godzin. Nie uśmiecha nam się taka wizja, więc policjanci wymyślili, że dadzą nam kartki i mieliśmy opisać całe zdarzenia, łącznie z naszymi wszystkimi danymi, numerami paszportów itd. Pytamy czy mamy opisywać to po angielsku czy po polsku. Odpowiadają, że po… polsku! Pytamy jak to, po czym dowiadujemy się, że zeznania muszą być złożone w ojczystym języku, po czym trafi to do tłumacza, który przetłumaczy to na rumuński i wtedy dopiero zacznie się sprawa. Czy tak będzie faktycznie nie wiemy, ale potraktowali nas poważnie. Po złożeniu zeznań, zaczynamy prywatnie rozmawiać z młodym policjantem, który jako jedyny rozmawiał tam po angielsku. Dowiadujemy się od niego wiele rzeczy nt. Rumunii i cyganów, a także trochę historii. Policjant mówi nam również, że mieliśmy dużo szczęścia podczas nocowania w górach, ponieważ jest tam sporo niedźwiedzi. Po rozmowie tłumaczy nam jeszcze jak mamy dojechać do Vama Veche (jest to mała nadmorska imprezowa miejscowość). Busem jedziemy do Vama Veche z przesiadką w Mangalii. Tutaj z Mayestico idziemy przy stoliku zjeść śniadanie. Poznajemy grupkę Rumunów, wymiana numerów telefonów i umawiamy się z nimi na wieczorne wyjście na imprezę. Spotykamy się z naszą grupą i rozbijamy namioty na plaży. Resztę dnia spędzamy na odpoczynku i plażowaniu. Wieczorem na plaży zaczęła się duża impreza, na którą oczywiście się udaliśmy. Zmęczeni, w nocy przy głośnej muzyce postanawiamy iść spać przed namiotami pod gołym niebem. Polecam każdemu spędzić noc na plaży, kilkanaście metrów od morza pod niebem pełnym gwiazd!

Dzień 9 – 09.08.2009, niedziela

Większość dnia upłynęła nam na podróży z Vama Veche do Suliny przez Mangalię, Constancę i Tulczę.
Rano jedziemy z powrotem do Constancy, a stąd autobusem jedziemy do Tulczy. Z Tulczy chcemy promem płynąć do Delty Dunaju. Jest niedziela i mamy problem ze znalezieniem odpowiedniego transportu do Delty Dunaju. Na brzegu wypytujemy się o promy. W końcu udaje nam się znaleźć prom do Suliny. Szybkie zakupy w centrum i wracamy do portu. W Sulinie rozbijamy się na plaży, tutaj już w przeciwieństwie do Vama Veche namiotów na plaży było zaledwie kilka. Tu poznajemy Szwajcarów, z którymi wieczorem siedzimy przy ognisku.

Dzień 10 – 10.08.2009, poniedziałek

Rano dzielimy się na 2 grupy, ponieważ myśleliśmy, że nie znajdziemy takiej łodzi, która zabrałaby 9 osób w rejs po Delcie Dunaju. Ja i moja 5-osobowa grupa idziemy najpierw szukać łodzi. Szybko ją znajdujemy i wypływamy w 1,5-godzinny rejs. Po drodze mamy okazję zobaczyć z bliska m.in. Pelikany i inne ptaki. Dopływamy do ujścia do Morza Czarnego, następnie płyniemy do starej latarni, na którą wchodzimy i z której mamy dobry widok na Deltę Dunaju. Gdy wracaliśmy do naszej grupy znaleźliśmy jeszcze łódź, która może zabrać 9 osób i która dowiozłaby nas do Sfantu Georghe. W związku z tym ustaliliśmy, że popłyniemy tam jutro rano. Resztę dnia spędzamy na plażowaniu i wieczornym ognisku. Komarów w Delcie Dunaju jest mniej niż myślałem, co oczywiście nie znaczy, że nie jest ich dużo.

Dzień 11 – 11.08.2009, wtorek

Dzień zaczynamy od 4-godzinnego rejsu do małej miejscowości Sfantu Gheorghe. Miejscowość ta jest zdecydowanie dla osób, które lubią spokój, ponieważ raczej niewiele się tu dzieje. Rejs, chociaż był ponad 2 razy dłuższy od naszej wczorajszej wycieczki po Delcie Dunaju okazał się monotonny, te same widoki mieliśmy okazję oglądać przez całe 4 godziny. Podczas gdy ja z Madleną i Rafałem idziemy kupić bilety na jutrzejszy prom do Tulczy, reszta już zabiera się za rozbijanie namiotów. Dobrze, że pomyśleliśmy o biletach wcześniej gdyż, gdy dotarliśmy do przystani zostało tylko 13 biletów, po kupnie biletów dla wszystkich osób z naszej ekipy zostały tylko 4 bilety. Po rozbiciu namiotów idziemy poszukać drewna na ognisko. W Sfantu Gheorghe odbywa się dziś festiwal filmowy, lecz wbrew wcześniejszym planom postanawiamy jednak spędzić wieczór przy ognisku nad rzeką. Wieczorem jak zwykle toczyły się nasze nocne o życiu rozmowy przy akompaniamencie spadających gwiazd :)

Dzień 12 – 12.08.2009, środa

Wstajemy wcześnie rano i szybko zbieramy się, żeby zdążyć na prom. Po około godzinie jesteśmy już w Tulczy. Stąd jedziemy autobusem do Galati. Z Galati planowaliśmy dostać się na Ukrainę by stąd udać się do Mołdawii (Mołdowy). W centrum znaleźliśmy taksówki, które miały nas przewieźć przez granicę aż do Reni (odległość ok. 20km). Lecz zaraz przed granicą rumuńsko-mołdawską taksówkarze nas wysadzili zostawiając nas na przejściu granicznym przeznaczonym tylko dla samochodów! No cóż… na początku próbujemy złapać stopa, lecz ruch na granicy był niewielki. Podczas oczekiwania gramy w piłkę i ładuję sobie akumulator do aparatu w budce celnika :) Celnik zgodził się nam pomóc i pytał przejeżdżających przez granicę czy możemy się z nimi zabrać. W kilku małych grupach przekraczamy granicę. Podczas sprawdzania paszportów dowiadujemy się, że za kilka godzin z okolic granicy odjeżdża autobus do stolicy Mołdawii, czyli Kiszyniowa. Czekamy te kilka godzin w knajpie jedząc obiad. Podróż do stolicy była niezapomniana, autobus z pękniętą przednią szybą, szalony kierowca i te mołdawskie drogi ahh… :) Podczas podróży pojawia się pierwszy, wstępny pomysł przedłużenia wyjazdu o kilka dni na rzecz ukraińskiej wsi. Do Kiszyniowa dotarliśmy po godz. 21, na przystanku zaczęliśmy wypytywać młodego chłopaka o jakiś tani hostel. Chłopak, który jak się później okazało był policjantem, zaczął dzwonić po swoich znajomych najpierw wypytując o hostel, a następnie o możliwość przenocowania nas w prywatnym mieszkaniu. W końcu pokój dla nas się znalazł u jego kolegi, ale Olek powiedział, że dziś w nocy robimy imprezę :) Część osób z grupy była zmęczona i nie wszystkim to odpowiadało więc z Olkiem szukaliśmy noclegu dalej. Po jakimś czasie załatwił nam nocleg w pokoju u starszego małżeństwa. Gospodarz, który nas przyjął jak się okazało był synem znanego mołdawskiego pisarza. Gdy dotarliśmy do mieszkania, ktoś zauważył, że zgubiliśmy po drodze Mayestico. Nie mogliśmy także się z nim skontaktować, ponieważ miał rozładowany telefon. W kilka osób wyruszyliśmy na poszukiwania, lecz szukanie kogoś w stolicy w nocy nie było takie proste. Po jakimś czasie chłopak, który pomógł załatwić nam nocleg znalazł Mayestico i odprowadził go do naszego mieszkania.

Dzień 13 – 13.08.2009, czwartek

Rano wychodzimy na zwiedzanie stolicy. Stolica nie zachwyca, choć jest kilka ładnych elementów. Odwiedzamy m.in. Dom-Muzeum Puszkina. Określenie dom jest przesadzone, gdyż A. Puszkin spędził tam niewiele czasu, no, ale skoro można zarobić na turystach, więc czemu nie? Na drogach panuje niezłe zamieszanie, co chwilę można usłyszeć klaksony, a na przejściach dla pieszych należy być czujnym nawet wtedy, gdy mamy zielone światło.
Po południu jedziemy do Sorocy. O ile dobrze pamiętam autobus miał tu jechać 4 godziny, a dojechał w 2 :) Chcieliśmy znaleźć jakieś miejsca do rozbicia namiotów nad rzeką, lecz gdy ujrzeliśmy stary, niedokończony budynek nie mieliśmy wątpliwości, że to właśnie tu spędzimy noc. Początkowo chcieliśmy rozbić się na dachu tego budynku, lecz po rozłożeniu namiotów zaczęło silnie wiać i zaczęło nam zwiewać dosyć duże kamienie, które miały nie dopuścić do zwiania nam namiotów. Gdy zaczęła się burza szybko ewakuowaliśmy się piętro niżej, pod strop. Po jakimś czasie do naszego budynku przyszli Rosjanie, ot tak po prostu chcieli wypić wódkę pod dachem :)



Dzień 14 – 14.08.2009, piątek

Rano idziemy się przejść po dzielnicy cygańskiej. Sama dzielnica to wiele dużych
domów-willi z tandetnymi ozdobami. Biedni cyganie raczej tutaj nie mieszkają. Próbujemy znaleźć dom Króla Cyganów, który się gdzieś tutaj znajduje, niestety bezskutecznie. Dochodzimy na wzgórze, z którego rozciąga się ładna panorama Soroci. Tutaj część grupy postanawia odpocząć, a ja z Madleną, Rafałem i Justyną nie poddajemy się i idziemy dalej szukać domu Króla Cyganów. Pytamy o drogę dwóch młodych chłopaków, którzy prowadzą nas aż do samej bramy. Kobieta, (prawdopodobnie gospodyni) zaprasza nas do środka, lecz za opłatą. Zbijamy cenę o połowę i wchodzimy. W środku dzięki ozdobom można zauważyć, że jest to typowo cygański dom. Nad łóżkiem wisi fotografia, która przedstawia Króla Cyganów z prezydentem Mołdawii. Gospodyni wyciąga alkohol w plastikowej butelce i nalewa nam jedną, a za chwilę drugą kolejkę. Po chwili Madlena usłyszała swoją przyszłość wywróżoną z kart. My nie mieliśmy takiego szczęścia :) Później już całą grupą idziemy zwiedzać Twierdzę. Za wstęp płacimy 1 leja mołdawskiego, czyli w przeliczeniu… ok. 40gr. Przy kupnie biletów początkowo kasjer udawał, że nic nie rozumie po angielsku, po czym po chwili zaczął opowiadać historię budynku bardzo dobrym angielskim. Do granicy mołdawsko-ukraińskiej mieliśmy ok. 7km. Postanowiliśmy iść pieszo. Mniej więcej po przebyciu połowy drogi, gdy zaczęło się ściemniać rozbijamy namioty na jakimś pustym polu.

Dzień 15 – 15.08.2009, sobota

Rano docieramy do granicy. Sprawdzanie paszportów. Kilka minut płyniemy na stronę ukraińską. Stąd autobusem dojeżdżamy do Vapniarki. O 2 w nocy mamy pociąg do Lwowa, więc musimy czekać kilka godzin. Rozkładamy się na trawie niedaleko dworca i czekając popijamy ukraińskie trunki. Nagle podchodzi do nas 3 policjantów, z czego dwóch w cywilu. Sprawdzają nam paszporty i mówią, że możemy tu siedzieć, ale nie możemy pić. Nasze tłumaczenia o turystach, którzy czekają na pociąg przynoszą zamierzony efekt i policjanci odchodzą. Po około godzinie jednak dwóch z nich wraca. Postanowili przysiąść się do nas i już mogliśmy legalnie pić. Na dodatek z nimi :) Nieważne było to, że byli na służbie, mieli przy sobie broń, a jeden z nich prowadził samochód :) Poczekali z nami aż do naszego odjazdu do 2 nocy, po czym odprowadzili nas do pociągu i pokazali gdzie mamy miejscówki w pociągu. Po raz kolejny podczas naszej podróży mamy szczęście do policji, która czekała z nami przez kilka godzin w nieciekawej okolicy dworca.

Dzień 16 – 16.08.2009, niedziela

Dotarliśmy do Lwowa. Na dworcu każdy z nas podpisuje się na piłce, którą wcześniej kupiliśmy w Vama Veche. Rozdzielamy się wg wcześniejszych ustaleń na grupę wracającą do Polski i na grupę, która postanowiła przedłużyć wypad o 2 dni na rzecz ukraińskiej wsi. Ja mogłem przedłużyć sobie pobyt więc oczywiście to uczyniłem :) Już w 4-osobowej grupie idziemy zwiedzić słynny Cmentarz Łyczakowski, a także Cmentarz Orląt. Następnie w centrum Lwowa spotykamy się z sytuacją, gdzie zepsuł się tramwaj, który następnie był holowany :) Plan mieliśmy taki aby udać się na jakąś ukraińską wieś z rzeką, znaleźć gospodarzy, którzy nas ugoszczą gdziekolwiek, chociażby w stodole, rano powitać dzień świeżym mlekiem, a zakończyć go samogonem (samopędem :)). Jak się później okazało udało nam się wykonać ten plan w 100%. Poszliśmy na dworzec i kierowcy busa staraliśmy się wytłumaczyć, że chcemy dojechać na jakąś wieś, gdzie płynie rzeka i nie ma zbytniej cywilizacji :) Powiedzieliśmy mu, żeby nas po prostu wysadził gdzieś na trasie, gdzie jest takie miejsce. Po ok. godzinie drogi od Lwowa wysiedliśmy na drodze, wokół nas oprócz drogi, mostu i pustych pól nie było niczego. Zeszliśmy obok mostu w dół i długo szliśmy wzdłuż rzeki. Komarów było tutaj więcej niż w Delcie Dunaju! W końcu dotarliśmy na wieś. Zaczęliśmy rozmowę z kilkoma kobietami, które stwierdziły, że zaraz zawołają inną kobietę, która mówi po polsku. Po chwili przyszła Ukrainka, która jak się okazało pracuje w Polsce stąd bardzo dobrze mówiła po polsku. Ona załatwiła nam nocleg w stodole u znajomej. Chcieliśmy też kupić trochę wiejskich produktów i samogonu (bimbru). Dostaliśmy to wszystko za darmo, nikt nie chciał od nas pieniędzy! Na dodatek gospodarze, którzy nas przyjęli z własnej inicjatywy zaczęli nam robić kolacje, śniadania i obiady! Takiego przyjęcia się nie spodziewaliśmy.

Dzień 17 – 17.08.2009, poniedziałek

Dzień upłynął nam na całodniowym lenistwie i pływaniu w Dniestrze. Wieczorem posiedzieliśmy trochę z synem gospodarzy – Nazarem. Jest to student V roku medycyny we Lwowie.

Dzień 18 – 18.08.2009, wtorek

Rano Nazar odwiózł nas samochodem do miejscowości obok. Stąd już autobusem pojechaliśmy do Lwowa. Z Lwowa jedziemy na granicę, pieszo ją przekraczamy i powoli nasza tegoroczna podróż Rumunia & Mołdawia 2009 dobiega końca.

Podsumowując

Ekipa: 9 osób

Wbrew temu, jakie stereotypy panują w Polsce o Rumunii, kraj ten okazał się dla nas przyjazny i wg nas na pewno warty odwiedzenia. Ludzie również okazali się tam przyjaźni i pomocni, a opinię Rumunom w Polsce wyrobili Cyganie, którzy błędnie są nazywani u nas Rumunami. Cyganie, podobnie jak i w Polsce, w Rumunii również nie są lubiani, a Rumuni starają się od nich odcinać. Podróż tak jak planowaliśmy należała do tych z cyklu Travel & Adventure, przygód nie brakowało, ale zawsze wychodziliśmy z sytuacji obronną ręką. Pogoda również dopisała, gdyż nawet, jeśli już padało to padało w nocy, poza małymi wyjątkami.

Mapa naszej trasy:
Wysłano 25 Października 2009 przez Jacek Konopka

Content Management Powered by CuteNews
Copyright by Jacek Konopka. All rights reserved.
Podziękowania dla Wojtka i d4u