Węgry - 2008
Po wielu debatach na temat miejsca i czasu podróży wybór pada na Węgry. Podróż trwała 7 dni, a nasza trasa biegła przez Bratysławę, Győr, Sopron, Fertőrákos (nad jeziorem Nezyderskim), Zalaegerszeg, Fonyód (nad Balatonem), Somogyvár, Somogyvámos, Budapeszt, Bogács, Miszkolc.
Dzień 1
O godzinie 5.20 wyruszamy z Bielska-Białej w kierunku Bratysławy. Tak jak planowaliśmy punktualnie o godzinie 10:00 meldujemy się w Bratysławie i ruszamy na zwiedzanie miasta. Mniej więcej w połowie drogi zorientowałem się, że nie wziąłem ze sobą żadnej kurtki… mam nadzieję, że pogoda będzie łaskawa i nie będzie padać :)
W Bratysławie spędzamy kilka godzin, a zwiedzanie zaczynamy od chyba najbardziej znanego miejsca w mieście, a mianowicie od Hradu. Zamek położony jest na wysokiej skarpie nad Dunajem. Gdy podchodzimy bliżej zamku, okazuje się, że zamek jest w remoncie. No cóż… trudno. Remont rekompensuje nam ładna panorama Starego Miasta, którą widać z murów obok zamku. Następnie idziemy zobaczyć siedzibę słowackiego prezydenta – ładny budynek z ciekawą fontanną w kształcie kuli ziemskiej na placu przez siedzibą. Przy okazji robimy sobie spacer po dość dużych ogrodach, które są z tyłu pałacu prezydenckiego. Włóczymy się jeszcze trochę po centrum Bratysławy i ruszamy do celu naszej podróży, czyli na Węgry. Pierwotnie mieliśmy jechać ze stolicy Słowacji do Sopronu na Węgrzech, lecz szybko zmieniamy plany i najpierw zmierzamy do Győr. Po drodze robimy sobie postój, podczas którego poznajemy Bułgara, którego jak się okazało żona jest Polką i razem mieszkają od wielu lat w Polsce. Sympatyczny człowiek, świat jest mały :) W Győr na początku idziemy zobaczyć ratusz z charakterystyczną 59-metrową wieżą. Co się okazało? Na placu przed ratuszem oczywiście trwają prace remontowe. Pech. Na placu Bramy Wiedeńskiej wchodzę do wzniesionego w latach 1716-1725 kościoła Karmelitów. Wnętrze robi wrażenie – całe skrzy się od złota. Następnie przechodzimy w pobliże katedry, której początki sięgają XI wieku. Na koniec robimy sobie jeszcze spacer po wyspie Radó i zmierzamy do Sopronu. Do Sopronu dotarliśmy wieczorem, także tylko rozbijamy namioty i idziemy spać – zwiedzać miasto będziemy jutro. Za 3 osoby, 2 namioty i samochód na polu namiotowym Lővér Kemping płacimy 2500 Ft (39zł). Ale odradzamy to pole namiotowe (stan sanitariatów pozostawia wiele do życzenia), w mieście jest drugi camping, ale my ledwo, co znaleźliśmy ten „nasz”. W pobliżu sanitariatów próbuję nawiązać kontakt z Węgrem, lecz potwierdza się to, o czym słyszeliśmy wcześniej – na Węgrzech bardzo ciężko jest się dogadać po angielsku (językiem dominującym tutaj jest niestety niemiecki). Jedyne, co udało mi się dowiedzieć od wyżej wspomnianego Węgra jest to, że planuje zostać w Sopron przez kilka dni. Co on zamierza tam robić przez kilka dni? Nie mam zielonego pojęcia.
Dzień 2
Dzień zaczynamy od zwiedzania Sopronu. Na początku wchodzimy na Wieżę Ogniową, z której jest znakomity widok na cały Sopron i okolice. Niedaleko Wieży znajduje się plac Fő tér, na którym znajduje się kolumna Trójcy Świętej z końca XVII w. Niedaleko pomnika jest Centralne Muzeum Górnictwa i Muzeum Leśnictwa. Oba muzea odwiedzamy, wpisujemy się do księgi gości i szybko wychodzimy gdyż obiekty nie robią na nas większego wrażenia. W Muzeum Leśnictwa dostajemy kilka stron A4 informacji, oczywiście po niemiecku. Opisów w języku angielskim nie mieli. Szybki spacer po mieście i jedziemy dalej do Fertőrákos nad jeziorem Nezyderskim (Fertő-tó). Idziemy do kamieniołomu, w którym już Rzymianie wydobywali wapień, a który w średniowieczu posłużył m.in. do budowania wiedeńskiej katedry św. Stefana. Prace wydobywcze ustały tu w 1945r. Chodzimy po dawnych komorach wydobywczych, które w środku robią naprawdę wielkie wrażenie. W hali koncertowej, która powstała w jednej z komór odbywały się właśnie próby gdyż w dzień, kiedy tam byliśmy miał odbyć się coroczny festyn upamiętniający decyzję władz węgierskich z 1989 roku o otwarciu granic z Austrią. Wychodzimy z kamieniołomu i wchodzimy na wzgórze obok, z którego jest świetna panorama na pobliskie jezioro. Kilka minut jedziemy i już jesteśmy nad jeziorem Nezyderskim :) Jest to płytkie jezioro, średnia głębokość wynosi 1 metr (180cm jest w najgłębszym miejscu). ¼ zbiornika należy do Węgier, a pozostała część do Austrii. Woda ma trochę dziwny kolor, ale i tak nie przepuszczamy okazji żeby popływać. Inni ludzie też pływali, więc doszliśmy do wniosku, że wiedzą, co robią :) Po odpoczynku ruszamy na południe do Zalaegerszeg. Rozbijamy się na campingu, który leży niedaleko AquaCity, które mamy w planach odwiedzić jutro. Za 3 osoby, 2 namioty i samochód płacimy 3200 Ft (50zł). Na campingu mamy dostęp do jeziora, kuchni i porządnych łazienek. Bajka :)
Dzień 3
Rano idziemy do parku wodnego AquaCity. Na 7,5 ha znajduje się 18 zjeżdżalni, 12 mniejszych i większych basenów. Na szczycie pagórka ze zjeżdżalniami zbudowano wieżę panoramiczną, z której jest świetny widok na całą okolicę. Tutaj również sprawdzam jak smakuje słynny węgierski Lángos, który jest reklamowany chyba w każdej budce z jedzeniem na Węgrzech. Nie znam języka węgierskiego, więc rodzaj Lángosa wybieram na chybił-trafił. Dostaje placek z parówką, hmm… całkiem niezły, trochę mało smaku, ale polecam. W parku wodnym spędzamy kilka godzin, a następnie jedziemy na wieżę telewizyjną w Zalaegerszeg. Wieża ma 93 metry wysokości, a kawiarnia z tarasem widokowym znajduje się na wysokości 52 metrów. Z wieży jest znakomity widok, jeśli ktoś będzie w pobliżu Zalaegerszeg niech koniecznie tu wstąpi. Zbliża się wieczór, więc zmierzamy dalej, tym razem osiedlamy się w Fonyód nad Balatonem. Zaraz po przyjeździe do Fonyód idziemy przejść się do centrum. Po chwili zaczął się długi pokaz fajerwerków z okazji święta narodowego na Węgrzech – trafiliśmy w samą porę :) Długo trwały poszukiwania campingu, niektórzy ludzie kierowali nas w jedną stronę, a inni…. w przeciwną, na szczęście po długich poszukiwaniach w końcu znaleźliśmy. Za camping płacimy razem 4000 Ft (62zł) za dobę.
Dzień 4
Cały dzień przeznaczamy na zasłużony odpoczynek nad Balatonem. Woda w Balatonie jest ciepła nawet w nocy. Jedynym minusem jest to, że trzeba daleko wyjść od brzegu żeby jezioro było odpowiednio głębokie do pływania. Nocujemy dalej w Fonyód.
Dzień 5
W południe ruszamy do Somogyvár, tutaj idziemy do parku historycznego Kupavár. Znajdują się tutaj ruiny XI-wiecznej bazyliki i zabudowań klasztornych. W pobliżu jest także wieża, na którą można wejść, stąd można zobaczyć ruiny z góry. Po chwili wyruszamy dalej w kierunku Somogyvámos, w którym znajduje się Dolina Kryszny. Jest to 150-hektarowa ekologiczna farma, na której mieszka na stałe 150 wyznawców Ruchu Świadomości Kryszny. Od 10 do 17 osoby z zewnątrz mogą zwiedzać dolinę. Kupujemy bilety wstępu za 900 Ft za osobę (14zł) i udajemy się długim deptakiem przed siebie. Po drodze mijamy różne małe kopuły, ozdoby, własną szkołę krysznaitów, a na deptaku, co jakiś czas przechodzą wyznawcy w swoich charakterystycznych strojach. W końcu po kilkunastu minutach marszu dochodzimy do świątyni Kryszny. Dopiero, co tam doszliśmy, oglądamy budynek z zewnątrz, a ze środka świątyni wychodzi kobieta i zaprasza nas do środka. Przed wejściem musimy ściągnąć buty i już możemy wejść. Pyta nas skąd jesteśmy, na odpowiedź, że z Polski jest zdziwiona, jak się później dowiedzieliśmy niewiele osób z Polski odwiedza to miejsce. Specjalnie dla nas ściągnęła (dzwoniąc po niego przez telefon) wyznawcę, który mówił po angielsku. W oczekiwaniu na niego oglądamy sklepik, który znajduje się przy wejściu. W sklepie można kupić ubrania, ozdoby, pamiątki i bioprodukty, które (podobno) powstały w dolinie. Po chwili nasz przewodnik przychodzi i bierze nas do środka świątyni. Opowiada nam, co jest przedstawione na wielu obrazach, które wiszą na ścianie. Krążymy po budynku aż w końcu wchodzimy do głównego pomieszczenia gdzie odbywają się modlitwy. Kilka osób w białych szatach siedzi na podłodze przed ołtarzem, grają na instrumentach i modlą się. W tym samym czasie nasz przewodnik opowiada nam, na czym ogólnie polega ich religia. Jeszcze na dodatek w pomieszczeniu jest charakterystyczny zapach, to wszystko robi niesamowitą atmosferę. Na wszystkie pytania, jakie zadaliśmy, dostajemy odpowiedź. Nie było żadnego namawiania żeby przejść na ich religię ani nic podobnego. Po zwiedzaniu doliny jedziemy z powrotem do Fonyód żeby znowu popływać w Balatonie. Szybki posiłek i o godzinie 21.30 wracamy na plażę. Tutaj w końcu spotykamy Polaków na naszej drodze, polecamy im kilka miejsc na Węgrzech, w których już byliśmy i opowiadamy o naszych dalszych planach. Oni tak jak my zmierzają jutro do Budapesztu. Mówimy im, że o 10:00, 12:00 i 14:00 jest możliwość zwiedzania parlamentu węgierskiego z angielskim przewodnikiem. Może tam pojadą na 14:00, my w każdym razie zamierzamy zwiedzać parlament o godzinie 10:00. Po krótkiej rozmowie idziemy znowu popływać, tym razem w nocy pod gwiazdami :)
Dzień 6
Wstajemy o 5.40, specjalnie po to żeby zdążyć na godzinę 10:00 na zwiedzanie parlamentu. Szybko jemy, pakujemy się i w drogę. W Budapeszcie błądzimy, a wszystko przez to, że w tym mieście jest po kilka takich samych ulic w różnych dzielnicach. Szukamy parlamentu dalej, jesteśmy pewni, że jesteśmy niedaleko, więc parkujemy samochód z nadzieją, że pozostały kawałek pokonamy pieszo. Idę do parkomatu zapłacić za parking, a tam pewien Węgier, który był obok pokazuje żeby nie płacić. Hmm… nie mamy pojęcia, dlaczego, ale niech mu będzie :) Przy okazji pytam, w którą stronę do parlamentu, on pokazuje, że po drugiej stronie mostu! Szybko stamtąd odjeżdżamy kontynuując poszukiwania, przejeżdżamy na drugą stronę mostu, tam znowu pytamy o drogę i jedziemy znaleźć jakiś parking. Parkujemy na wielopoziomowym parkingu w budynku, który znajduje się pomiędzy kamienicami w centrum Budapesztu. Szybko wysiadamy z auta i biegniemy przed siebie szukając parlamentu gdyż zostało nam kilka minut do godziny 10:00. W końcu zrezygnowani siadamy przed siedzibą węgierskiej telewizji. Marek z Wojtkiem odpoczywają, a ja idę się rozglądnąć po okolicy, przy okazji pytam dwóch turystek gdzie jest parlament, na co słyszę, że minutę drogi stąd… Byliśmy tak blisko.. Idziemy w pobliże parlamentu, do zwiedzania przy bramie ustawiła się ogromna kolejka. My jesteśmy przekonani, że ludzie czekają na wejście dla Węgrów (wejścia dla „tubylców” są, co 30 minut), więc nie ustawiamy się w kolejce i idziemy do Muzeum Terroru. W budynku muzeum w czasie wojny mieściła się siedziba faszystowskiej Partii Strzałokrzyżowców, a po wojnie był to gmach służby bezpieczeństwa. Jest to jedno z najnowocześniejszych i najbardziej interaktywnych muzeów Budapesztu, prawie na każdej ścianie aż roi się od ekranów i zewsząd dobiegającej muzyki. Oglądamy ekspozycje, wsiadamy do windy, która bardzo wolno zjeżdża na dół. Podczas jazdy nagle włącza się ekran za nami, na którym pojawia się film – ciekawa atmosfera. Na dole znajdują się cele. Muzeum robi na nas wrażenie, wychodzimy żeby zdążyć na zwiedzanie parlamentu na 14:00. Po drodze oczywiście się gubimy, a o drogę pytam młodej Węgierki, która siedzi przy fontannie. Wytłumaczyła nam, w którą stronę mamy iść i chce nam dać mapę Budapesztu gdyż mówi, że jest jej niepotrzebna, bo na stałe tu mieszka :) Około 13.30 jesteśmy przy parlamencie, podchodzimy bliżej i okazało się że nie ma już biletów na dzisiaj do zwiedzania. Po bilety trzeba było się zgłosić wcześniej, już wiemy, dlaczego około 10:00 była taka kolejka przy bramie :) Postanawiamy wrócić do samochodu i pomyśleć co dalej ponieważ to pokrzyżowało nasze plany. Ale z powrotem jest mały problem, bo z tego rannego pośpiechu nie możemy znaleźć naszego parkingu… Przez dobrą godzinę krążymy po centrum aż w końcu szczęśliwie natrafiamy na nasz parking uff… :) Zatrzymujemy się niedaleko słynnego mostu łączącego Budę i Peszt i wychodzimy na wzgórze nieopodal. Na wzgórzu kręci się pełno wycieczek z Polski. Oglądamy panoramę Budapesztu i jedziemy do Király Gyógyfürdő czyli do najlepiej zachowanej łaźni tureckiej z głównym basenem w kształcie ośmiokąta. Podobno łaźnia ma 600 lat, w środku jest fajny, jak to powiedział Wojtek: „old schoolowy klimat” :) W łaźni prowadzimy krótką pogawędkę z Czechem, który jest w Budapeszcie na delegacji w pracy. Pracuje jako koordynator w biurze podróży. Po kąpieli w łaźni jedziemy do Egeru. Dotarliśmy na jakiś camping w Egerze by po chwili pojechać na… inny camping do miejscowości Bogács, oddalonej o kilkanaście kilometrów. Tam akurat odbywał się jak to powiedział nasz gospodarz na campingu: „Summer Festival” i znowu trafiamy na długi pokaz fajerwerków. Mamy szczęście do fajerwerków :) Idziemy sprawdzić, co to za festiwal i po jakimś czasie wracamy w deszczu rozbić namiot. Za camping płacimy najwięcej podczas naszej 7-dniowej podróży po Węgrzech, 4800 Ft (74zł) za 3 osoby, 2 namioty i samochód. Cena wysoka biorąc pod uwagę, że nad Balatonem płaciliśmy 4000 Ft.
Dzień 7
Rano dalej pada, więc zmieniamy plany i udajemy się prosto do Miszkolca na kąpielisko jaskiniowe, które jest ostatnim etapem naszej podróży. Jesteśmy zdziwieni obecnością tak wielu rodaków w Miszkolcu, w końcu od tygodnia spotkaliśmy zaledwie kilku :)
Po południu wyjeżdżamy do Polski i tak nasza tegoroczna przygoda na Węgrzech się kończy.
Na Węgry jeszcze na pewno wrócę gdyż części kraju niestety nie zdążyliśmy zobaczyć. Ogólnie kraj zostawia po sobie pozytywne wrażenia, a pierwsza całkowicie samodzielnie zorganizowana podróż się udała.
Podsumowując:
Ekipa: 3 osoby
Ilość przejechanych kilometrów: 1709
Trasa: Bratysława - Győr – Sopron - Fertőrákos (nad jeziorem Nezyderskim) – Zalaegerszeg - Fonyód (nad Balatonem) – Somogyvár – Somogyvámos – Budapeszt – Bogács – Miszkolc
Kurs 1Ft – 0,0155zł (Sierpień 2008)
Wysłano 17 Września 2008 przez Jacek Konopka